Czas urozmaicić odrobinę te podyktowane stylom wpisy. Już od dawna zbierałam się z zamiarem podzielenia się z Wami efektem moich prac związanych z dawaniem drugiego życia starym, zapomnianym już meblom.

Na pierwszy ogień idzie komoda, z którą wiąże się pewna anegdota

Ponieważ moja mama od zawsze urządzała pokój, który dzieliłam z siostrą, rok przed moją wyprowadzką po raz kolejny postanowiła go odświeżyć i przearanżować. Zakupiła i wstawiła tzw. meblościankę, tylko we współczesnym wydaniu. Okleina imitująca jasne drewno i plastikowe uchwyty nie poprawiały jej sytuacji. Podsumowując, zestaw mebli był dla mnie nijaki, nudny i zdecydowanie daleki od mojego gustu. Cóż, to mama trzymała budżet w garści, więc mogłam co najwyżej dać głośno wyraz swojemu niezadowoleniu.

Kiedy już wyprowadziłam się na studia i moja siostra doczekała się w końcu własnego pokoju, ta meblościanka nagle zaczęła razić i ją. Namówiłam siostrę na jej przerobienie. Wiedziałam, że ewentualne gromy z nieba dostaną się Natalii, bo podczas prezentacji mebli w nowej odsłonie, ja już dawno będę w innym mieście (wiem, jestem złym człowiekiem). W momencie, w którym nasza mama wyjechała z koleżankami na sobotni wypad z noclegiem, od razu przystąpiłyśmy do pracy.

Wybrałyśmy białą, satynową farbę, natomiast ze względu na braki budżetowe, zastane gałki meblowe postanowiłyśmy przerobić metodą decopupage’u. Pamiętam, że źle oszacowałyśmy czas potrzebny na wszystkie zmiany, więc zmuszona byłam zostać na noc z soboty na niedzielę. Do dziś żałuję tego niedoszacowania… o czym za chwilę.

Wracając jednak do porywającej historii

Do 3 nad ranem suszyłam gałki suszarką, chcąc przyspieszyć zastygnięcie farby i powstawanie spękań. Wymyśliłam, że za pomocą moich farb i preparatów sprawimy, że drewniane gałki przemienimy w piękne, kamienne uchwyty. Nie muszę mówić jaki był tego efekt? Wystarczy spojrzeć na zdjęcia.

Tak czy inaczej, ogólnie zestaw mebli w nowym wydaniu prezentował się całkiem nieźle. Rozstawiłyśmy jego elementy po całym pokoju tak, aby nie stały w standardowym rządku. To już poprawiło odbiór całości. Biel zdecydowanie bardziej elegancka i uniwersalna też lepiej zagrała w tej przestrzeni.

Przechodząc do meritum

Klucz w drzwiach usłyszałam koło 7 rano. Szturchnęłam siostrę i obie czekałyśmy na reakcję mamy. Zajrzała do pokoju, aby się przywitać, ale zamiast tego usłyszałyśmy jedynie soczyste, niecenzuralne słowo. Kiedy trzasnęła drzwiami uznałyśmy, że tak na wszelki wypadek, nie wychodzimy z pokoju przez tydzień. Po godzinie sama jednak postanowiła wywiesić białą flagę. Ponownie zlustrowała pokój i uznała, że wygląda naprawdę pięknie. Ufff!

Kończąc tę wzruszającą historię dopowiem, że jedna z przerobionych wtedy komód znów do mnie wróciła (nie pytajcie jak to się stało, sama nie do końca to rozumiem). Postanowiłam dać jej trzecie życie, ale tym razem naprawdę na własnych zasadach.

Przebieg prac

Długo głowiłam się jak ugryźć temat tego mebla. Przede wszystkim dlatego, że od samego początku nie leżał mi jego kształt, materiał z którego został wykonany oraz rozmiar. Wgapiałam się wieczorami w tą białą, wysoką komodę z szufladami i przerabiałam w myślach. Jednak każdy pomysł koniec końców uznawałam za mało udany. W skrócie, ten mebel był dla mnie prawdziwym wyzwaniem.

Musiałam jednak od czegoś wyjść. Uznałam, że to co przeszkadza mi najbardziej, to nudny układ szuflad i drzwiczek meblowych, które zaburzają proporcję komody. Wypaczony blat potęgował jedynie tę dysproporcję. Pomyślałam, że najłatwiej manipulować optyką za pomocą barw. Wybrałam więc czarny mat do kontrastu z satynową bielą, aby „połamać” wyjściowy podział na sekcje.

Dwie boczne, złote gałki znalezione w małym sklepiku w Dreźnie, były elementem wyjściowym dla pozostałych detali. Uznałam, że unowocześnią całą kompozycję. Zostały naprawdę pięknie wykonane, a co najważniejsze, każda z nich delikatnie różni się od siebie odcieniami, plamkami czy rysami.

Dokupiłam w związku z nimi uchwyty muszlowe, którym daleko jakością wykonania i unikalnością do powyższych gałek. Wygrał jednak fakt, że były w zbliżonym kolorze. Przeszkadzała mi natomiast ich nadmierna połyskliwość, więc zmatowiłam je papierem ściernym dodając tym samym kilku lat użytkowania.

Czas na malowanie

Kiedy nałożyłam czarną farbę na środkowy i boczny pas, już wiedziałam, że udało mi się optycznie skrócić te długie, białe skrzydła szafki. Później dokręciłam złote uchwyty i kompozycyjnie wszystko zaczęło się kleić, ale wciąż czegoś mi brakowało. Dogrzebałam się w pamięci do łazienki, w której pod prysznicem wykorzystano połyskliwe czarne kafle z białymi fugami ułożonymi we wzór jodełki. Wszystko to okraszone było złotą armaturą. Pamiętam, że byłam zachwycona tym „zestawem”, który idealnie zgrywał się kolorystycznie z moją komodą. Nic dziwnego, że ostatecznie padło właśnie na wzór jodełki. Kiedy domalowałam białe zygzaki, wiedziałam już że etap prac nad komodą został zakończony.

Mam wrażenie, że efekt moich przemian budzi skrajne opinie. Od wow, do „yyyy, to spora zmiana…”. No i cudnie! Nigdy nie zależało mi na robieniu czegokolwiek, co spełniałoby oczekiwania wszystkich i chyba się udało. Ciekawa jestem mimo wszystko Waszych opinii.
4 Comments
  1. Świetna metamorfoza! Daje to nadzieję, że mogę nie być skazana na swoje “stare meble”. Przerobienie ich to świetny pomysł. Chyba mnie zainspirowałaś 🙂

  2. Ta historia obudziła we mnie barwne wspomnienia! Niejednokrotnie już zachwycałam się Twoim talentem do kreowania… No i kolejny raz jestem pod ogromnym wrażeniem. Metamorfoza zachwyca. Czy to Nasza komoda sprzed lat? Aż nie chce się wierzyć.. Jesteś cudowną osobą z mnóstwem pomysłów, czekam na więcej!

  3. Ja zdecydowanie opowiadam się po stronie “WOW”! Niesamowita metamorfoza i ogromna kreatywność. Do tego wciągający, błyskotliwy opis 🙂

  4. Komoda po metamorfozie wygląda rewelacyjnie! Skojarzyła mi się z Wielkim Gatsby’m i latami 20. XX wieku – klasa sama w sobie 🙂

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *